Jeszcze jeden magazyn? Co właściwie oferuje What’s Up Magazine

W sieci roi się od serwisów lifestylowych. Nowe pojawiają się z prędkością wirusowego mema. Większość znika po kilku miesiącach, a ty zostajesz z setką otwartych kart i poczuciem, że zmarnowałeś czas. Kiedy pierwszy raz trafiłem na What’s Up Magazine, moją reakcją było właśnie takie zmęczone westchnienie. Kolejny? A potem zacząłem czytać. Coś tu było innego. Nie chodzi o sam design strony, choć jest przejrzysty. Nie o ilość treści, choć jest jej sporo. Chodziło o ton głosu. Poczucie, że ktoś po drugiej stronie po prostu chce opowiedzieć o czymś, co go naprawdę kręci, a nie tylko wypełnić dziurę w kalendarzu publikacji. Może warto się rozejrzeć? W końcu skoro już tu jesteś, to pewnie też szukasz czegoś więcej niż listy produktów pod hasłem „must-have”.

Sprawdźmy zatem, co oferuje What’s Up Magazine oficjalna strona. To dobry punkt wyjścia, bo to właśnie tam spotyka się całość tego projektu. Link prowadzi do głównego hubu, z którego rozchodzą się wszystkie ścieżki. I to jest pierwsza rzecz, która zwraca uwagę – ta strona nie próbuje być wszystkim dla wszystkich. Nie ma tu dziesiątek działów, które tylko pozorują głębię. Jest kilka wyraźnie zarysowanych obszarów. Kultura miejska, muzyka, design. I to już coś mówi. To znaczy, że zespół wie, o czym chce pisać i ma w tym polu rozeznanie. Czy to gwarantuje dobrą lekturę? Nie. Ale znacznie zwiększa szanse.

Ton głosu, który nie brzmi jak instrukcja obsługi

Największą różnicę czuć w sposobie pisania. Weźmy na przykład tekst o nowym albumie jakiegoś kwartetu jazzowego. Na wielu portalach dostaniesz suchy opis składu, daty premiery i być może standardowe porównanie do Milesa Davisa. W What’s Up Magazine autor najpierw opisuje, jak ta muzyka zabrzmiała w konkretnym, zatłoczonym klubie w środę wieczorem. Mówi o reakcji ludzi przy barze, o tym, jak bas przechodził przez podłogę. To nie jest recenzja. To jest relacja. I przez to masz ochotę tam być, posłuchać, nawet jeśli nie jesteś fanem jazzu. Ta umiejętność opowiadania o doświadczeniu, a nie tylko o produkcie, to rzadki towar.

Dobry magazyn to nie archiwum faktów, ale zapis odczuć z danego czasu i miejsca.

Wybierają wąsko, żeby wejść głębiej

Strategia redakcji wydaje się prosta. Zamiast gonić za każdym trendem lifestylowym, wybiera kilka nisz i stara się je eksplorować dokładniej. To widać po cyklach artykułów. Jeśli trafisz na materiał o polskim wzornictwie przemysłowym, to istnieje duża szansa, że w ciągu kilku tygodni pojawią się kolejne, które pokażą ten temat z innej strony – rozmowa z projektantem, reportaż z małej manufaktury, przegląd inspiracji z lat 60. To buduje pewną ciągłość. Jako czytelnik nie dostajesz pojedynczego strzału, który ma zaspokoić ciekawość. Dostajesz zaproszenie do dłuższej wędrówki. To wymaga od ciebie większego zaangażowania, ale też daje większą satysfakcję.

Lokalność ma twarz i adres

Duża część treści ma wyraźny, lokalny kontekst. Nie jest to jednak lokalność pokazana jak w broszurze turystycznej. To raczej wgląd w to, co się dzieje w polskich miastach – w Warszawie, Poznaniu, Katowicach – opowiedziany od środka. Artykuły o małych galeriach, niezależnych księgarniach czy klubokawiarniach często są pisane przez ludzi, którzy w tych miejscach bywają na co dzień. Czytasz i masz wrażenie, że autor chce ci powiedzieć: „Słuchaj, jest tu taki fajny zakątek, sprawdź go, jak będziesz w okolicy”. To buduje zaufanie. Nie ma tu nachalnego promowania. Jest rekomendacja kogoś, kto wydaje się znać temat. Czy to nie o to chodzi?

Forma podąża za treścią, a nie na odwrót

Nie znajdziesz tu wielu wyskakujących okienek, quizów „Jakim typem designu jesteś?” czy agresywnych wstawek wideo. Layout jest spokojny. Tekst ma oddychać. To może się wydawać mało nowoczesne w czasach, gdy każde kliknięcie ma generować dopaminę. Ale dla kogoś, kto chce po prostu przeczytać dobrą historię, to jest zbawienie. Redakcja wyraźnie stawia na siłę narracji. Długie, reporterskie formy stoją tu obok krótszych notek, ale wszystkie mają wspólną cechę – są dopracowane. Nie czuć pośpiechu. Czujesz, że ktoś nad tym tekstem siedział, myślał, poprawiał. I to robi różnicę.

Czy to ma przyszłość w tym szumie?

Postawiłbym tezę, że tak właśnie ma wyglądać przyszłość dla medium, które chce przetrwać. Nie przez klikalność za wszelką cenę, ale przez budowanie wiernej grupy czytelników, którzy przychodzą nie po hałas, ale po treść. What’s Up Magazine nie jest może najgłośniejszym głosem w internecie. I być może właśnie w tym tkwi jego siła. To jest miejsce dla tych, którzy mają dość powierzchowności. Którzy chcą trochę zwolnić. Czy to oznacza, że każdy artykuł jest mistrzowski? Oczywiście, że nie. Trafiają się słabsze materiały, momenty, gdy widać, że pomysł nie do końca wypalił. Ale to też jest uczciwe. Bo jaka redakcja tego nie ma?

Wracam więc do początkowego pytania. Jeszcze jeden magazyn? Tak. Ale taki, który zrozumiał, że w zalewie informacji liczy się nie ilość, ale punkt widzenia. Jeśli szukasz kolejnej listy „10 rzeczy, które musisz kupić”, możesz przejść obok niego obojętnie. Jeśli jednak cenisz sobie głębsze wejście w temat, jeśli lubisz, gdy ktoś opowiada ci historię z pasją, a nie z obowiązku, to warto dać mu szansę. Otwarta strona główna nie zrobi za ciebie pracy. Musisz sam przejść się po tych działach, kliknąć w jakiś tytuł, który cie zaintryguje i zacząć czytać. Dopiero wtedy poczujesz, czy to jest głos, który chcesz słuchać. A ty? Co dla ciebie decyduje o tym, że wracasz na jakąś stronę?

Comments are closed, but trackbacks and pingbacks are open.